Jadę.

Nie liczę już kilometrów, skrzyżowania zlewają mi się z innymi ulicami miast. Wszystko wygląda tak samo pusto, tak samo smutnie, tak samo samotnie. Liczę tylko tę odległość, która dzieli mnie od domu: sto dwadzieścia trzy, sto dwadzieścia cztery.
 
Czerwone światło.

Wiem, że to dopiero początek mojej drogi, a już tęsknię. Mijam kolejne miasta, kolejne kilometry, które dzielą mnie od domu. Ze zmęczenia mylę słowa, wreszcie jestem już prawie w hotelu. Parkuję, ból pleców pulsuje z każdym oddechem. Muszę się położyć, muszę choć trochę odpocząć. Oczy same mi się zamykają, z zamyślenia budzi mnie głos recepcjonistki, która daje mi klucz do pokoju.

Kiedyś czytałem, że hotele specjalnie mają wydawać się przytulne, aby stwarzać wrażenie domu. Domu, do którego mam pięćset osiemdziesiąt trzy kilometry. Otula mnie pustka, samotność.
 
Schodzę do baru, nie pamiętam, kiedy jadłem, ale jedyne, o czym teraz myślę, to to, że muszę się do kogoś odezwać, porozmawiać o pogodzie, o czymkolwiek tylko nie o pracy. Twarze ludzi zasłonięte maskami są bezosobowe, zupełnie obce. Ignorują moje słowa, moje przywitania. Patrzą jak na dzikusa. Zamykam się w pokoju, znów sam. Zmęczenie mnie obezwładnia, nie wiem, jaki jest dzień tygodnia.

Tylko to zdjęcie, to jedno zdjęcie będzie moją pamiątką.

Rano się budzę, za chwilę ponownie będę w samochodzie. Dopiero daleko od domu zrozumiałem, że najbardziej osamotnieni czujemy się w tłumie ludzi. 

Jadę. 

 


tekst: Dominika Gołowin Z kotem czytane